9 kwietnia 2017

Błogosławieństwo dzieci

„Niech cię błogosławi Pan i niechaj cię strzeże. Niech rozjaśni Pan oblicze swoje nad tobą i niech ci miłościw będzie. Niech obróci Pan twarz swoją ku tobie i niech ci da pokój.”

4 Księga Mojżeszowa 6.24-26

 

 

                 Jezus zachęcał, aby przyprowadzać do niego dzieci, błogosławił je i wskazywał na to, że ich wiara powinna być dla nas przykładem. 9 kwietnia w kościele odbyło się błogosławieństwo naszych pociech.

               Bycie rodzicem jest jedną z najważniejszych ról, jaką przyjdzie nam odegrać w życiu. Wymaga wysiłku, dzięki któremu możemy stać się autorytetem dla drugiego człowieka. Rodzice, którzy przynieśli swoje dzieci do kościoła pokazali, że chcą wychowywać je w duchu chrześcijaństwa i przyjąć tą odpowiedzialność. Gabriela Kuczer, Jan Podolski i Sabina Nawrocka  trzymani przez swoich ojców i matki mogli wysłuchać dziękczynienia i błogosławieństwa, o jakie modlili się ich najbliżsi. Cały kościół dołączył się do modlitwy o najmłodszych, o to, żeby dorastali w zdrowiu, byli silni, kierowali się mądrością i szli za Jezusem na swoich drogach.

M.N.


26 lutego 2017

Boża klepsydra

 

       Nie możemy dostrzec tego, jak upływa nasz czas, jeżeli wciąż wpatrujemy się w elektroniczne zegarki. Dawniej ludzie odmierzali swój czas wschodem i zachodem słońca, musieli oczekiwać na każdy poranek i uciekać do domostw przed zmrokiem. Coś się kończyło, a oni mogli zastanowić się, czy ponownie zacznie. Podobnie zegary słoneczne sprawiały, że czas płynął dopóki na niebie widniało słońce. Lub odmierzano go wypalanymi świecami, gdy knot gasł zapalano kolejny i kolejny. Kiedy my patrzymy na nasze elektroniczne zegarki możemy odnieść wrażenie, że czas nigdy się nie skończy, gonimy za każdą godziną, minutą, sekundą patrząc na nieprzerwane sekwencje liczb i powtarzając, że nie mamy czasu na to, co w górze, nasz czas to pieniądz. Zapominamy o tym, że Bóg raczej nie trzyma w swoim ręku takiego zegarka. Czas, jaki nam pozostawił umieścił w czymś takim, jak chociażby klepsydra, w której przesypuje się piasek upływających chwil i płynie do momentu kulminacyjnego. Momentu, po którym będzie można zacząć coś nowego, przewrócić sprawy do góry nogami, ale najpierw czas musi się skończyć, a Bóg powiedzieć, że czas na nas.

       Każde nowe zimowisko mnie zaskakuje. Może jednak zacznę od tego, co się nie zmieniło, a czego oczekiwałam, czyli ludzi, którzy kochają Pana Boga, wspólnej radości, obecności Ducha Świętego, mądrych i ciekawych wykładów oraz wspaniałej atmosfery, która sprzyja zarówno odpoczynkowi, jak i duchowemu wysiłkowi.

       Teraz jednak minął już ponad tydzień od tego wydarzenia i mimo, że wspominam te wszystkie rzeczy, to w moim sercu dzieje się prawdziwa burza z zupełnie innej przyczyny. Z powodu słów „Marana Tha – Przyjdź Panie Jezu”(I Kor 16,22).

       Początkowo to te całe Marana Tha wydawało mi się zimne niczym slogan, którym obrzucają się od czasu do czasu chrześcijanie. „Pan przyjdzie” mówią, co jakiś czas ludzie to tu, to tam i dodają „Chyba niedługo” robiąc przy tym groźną minę. Wtedy zwykle się wyłączałam, myśląc sobie w duchu, że i w Biblii tak myślał jeden z drugim apostołem, a przecież sporo wody upłynęło od tego czasu, wiele się wydarzyło i wiele może się jeszcze stać. Zrozumiałam teraz, że niekoniecznie w moim myśleniu był błąd, ale w samym podejściu, postawie serca. Boże słowo nie mówi, że będziemy znali konkretną datę, ale za to wspomina, że nie musimy być całkowicie zaskoczeni. Ostatecznie nikt nie zna dnia, tylko Ojciec, ale możemy być gotowi: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, którego dnia Pan przyjdzie” (Mt 24,42). Istotne jest również to, czy w ogóle chcemy go oczekiwać, czy wypowiadamy szczerze te słowa: Marana Tha. Czy go oczekujemy prawdziwie? Czy czujemy, że on może przyjść i zakończyć nasz czas na ziemi? Ile w ogóle poświęcamy czasu na refleksję o tym? Na wiele z tych pytań musiałam odpowiedzieć osobiście przed Bogiem, dlatego dzisiaj mogę stwierdzić, że żyję słowami Marana Tha. Ze świadomością życia w czasach ostatecznych, która nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, pomaga mi w trwaniu w głębszej relacji z Jezusem.

       Klepsydra stojąca na mojej półce podpowiada mi, że choćbym była najsilniejszym człowiekiem na ziemi, nie mogę cofnąć czasu. Każdego dnia jesteśmy o krok bliżej do spotkania z Nim, a skoro żyjemy przez niego i dla niego, to z dnia na dzień, coraz bardziej nie mogę się doczekać, aż ostatnie ziarenko piasku upadnie.

 M.N.

 


16 października 2016

Radość z biegu

Chrzest dla każdego człowieka jest wydarzeniem wyjątkowym i jednym z najważniejszych w życiu. Wyznanie Jezusa Panem oraz Zbawicielem, powierzenie mu swojej dalszej drogi i pragnienie, by to On na zawsze pozostał w centrum – to wszystko mieści się w jednym Kroku. Nie ważne ile w życiu pokonało się już drogi, czy przybliżało się do Boga kilka lat małymi kroczkami, czy chodziło się z nim od kilku miesięcy, to właśnie ten Krok zapamięta się do końca życia. Bo choć jest tylko świadomym wyznaniem tego wszystkiego, do czego dochodziło się od dłuższego czasu, jest to zawsze Krok przełomowy. Tak jak ten ostatni ślad stopy na piasku wykonany przed skokiem wzwyż i przekonanie, że teraz musimy już wzbijać się w górę, bo poprzeczka jest zawieszona wysoko. Oficjalnie bierzemy udział w wyścigu, w którym metę wcale nie zdobywają Ci najszybsi, ale Ci najwytrwalsi i najcierpliwsi. Wiemy, że za tamtą linią czeka na nas życie i chcemy zdążać do kolejnego Kroku. Tego, który pozwoli nam ukończyć bieg.

Gdy zanurzono mnie w wodzie wiedziałam, że to symbol umierania, a wynurzenie nowo narodzenia. Narodziłam się na nowo dla Chrystusa i tak jak wszyscy, którzy się na to zdecydowali poczułam ogromną radość. Radość z kolejnego etapu, radość nowego początku, radość pięknego momentu oraz irracjonalną, niepochamowaną radość biegu we właściwą stronę. Dlatego nie odpuszczę dopóki nie przekroczę mety.

M.N.

 


ul. Jana Kilińskiego 9
64-800 Chodzież
tel. +48 67 381 90 48